czwartek, 1 czerwca 2017

Epilog



"Odejdę rano
Wraz z nadejściem winnych, gorzkich promieni słonecznych
Chcę usłyszeć Twoje bijące serce dzisiejszej nocy
Zanim wzejdzie krwawe słońce
Chcę wykorzystać jak najlepiej to, co pozostało, trzymaj się mocno
I usłysz moje bijące serce ten jeden ostatni raz
Przed nadejściem światła dziennego..." 


Ellie Goulding - Beating Heart*




     
   Mamy dziś 21 grudnia, niedługo wigilia, a dzieci mają już pięć miesięcy. To nasze pierwsze wspólne święta, które spędzimy jako rodzina. Na dwór przyjeżdża moja ciotka Maia, wuj Martin i przybrana rodzina Zachary'ego. Zapowiada się cudowny i szczęśliwy czas.


                                                   


                                                      POV Zachary Doran 30 grudnia


 

        Budzę się w nocy słysząc płacz dzieci. Zwlekam się z wygodnego łóżka, zauważając nieobecność żony. Zaspany kieruję swoje kroki do pokoiku bliźniąt, zastanawiając się, czemu tak przeraźliwie płaczą, skoro ich mama jest w pobliżu. Ziewając otwieram drzwi pomieszczenia i staje jak wryty. 

-Witaj wasza królewska mość. Już myślałem, że się ciebie nie doczekamy. - powiedział Aleksander, po czym zaczął
się opętańczo śmiać, trzymając nieprzytomną Kate w ramionach.

-Zostaw w spokoju moją żonę! Co ty jej zrobiłeś?!

-Unieszkodliwiłem na pewien czas. Przecież nie skrzywdziłbym mojej miłości. Za to ciebie i te twoje bachory czeka wycieczka na drugą stronę, bez możliwości powrotu.

-Nie groź mi ani moim dzieciom, bo gorzko tego pożałujesz. - wy warczałem groźnie, ale on nic sobie z tego nie zrobił.

-Ciekawe jak zdołasz mnie powstrzymać? Jesteś słaby Doran, zawsze taki będziesz.

-Jestem silniejszy niż myślisz. - rzuciłem, w myślach wzywając strażników królewskich.

        W mgnieniu oka wampir znalazł się przede mną i przyszpilił moje ciało do ściany, trzymając za szyję.  Kątem oka zauważyłem, że Kate odzyskała przytomność i kamień spadł mi z serca. Niedawno dowiedziałem się, że przez kilka miesięcy moja ukochana będzie osłabiona z powodu porodu. To w tym momencie utrudniało sprawę, gdyż czystej krwi wampiry są silniejsze oraz szybsze od wszystkich innych ras i w pojedynkę mógłbym nie dać sobie rady z Black'iem.

-A teraz możesz pożegnać się ze swoją marną egzystencją. - wysyczał groźnie, mocniej zaciskając palce na moim gardle, przez co straciłem dopływ tlenu.



         Później wszystko działo się jak w przyśpieszonym tempie. Szamotałem się z tym gnojem, w następnej chwili został ode mnie odciągnięty, a gdy łapałem łapczywie oddech, on złapał Kate w stalowy uścisk. Nagle w jego dłoni pojawił się sztylet, który wycelował w klatkę piersiową dziewczyny.
-A mogło być nam tak cudownie moja najmilsza. Cóż twój wybór. - powiedział po czym wbił ostrze w serce mojej ukochanej.

        Rzuciłem się w ich stronę, złapałem Kathelyn w ramiona, potrząsałem nią, mówiłem by nie zamykała oczu, ale z każdą chwilą słabła. Byłem już bliski histerii.
-Opiekuj się naszymi dziećmi. - wyszeptała, po czym jej klatka piersiowa przestała się poruszać. Usłyszałem szaleńczy śmiech Aleksandra i w tym momencie wpadli strażnicy. Odłożyłem ukochaną na podłogę i zwróciłem się do podwładnych.

-Do lochu z nim.

        Mężczyźni zrobili kilka kroków w stronę mordercy, ale on dopadł do łóżeczka Severusa , po czym wziął dziecko na ręce i po prostu zniknął. Przez chwilę wszyscy staliśmy jak skamieniali, ale później zaczął się straszny rozgardiasz. Wszyscy biegali i coś krzyczeli, a ja ułożyłem córeczkę w swoje  ramiona i przytuliłem ciało czarnowłosej. 

        W tamtym momencie poprzysiągłem sobie, że będę szukał nawet do końca życia, ale znajdę gnoja i pomszczę Kathelyn Ellie Wild-Doran...





Koniec



 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*słowa piosenki z załącznika 
Chciałam wszystkim podziękować za każdy komentarz i ciepłe słowa, które napisaliście podczas naszej przygody z bohaterami tego opowiadania oraz wasz cenny czas poświęcony na czytanie. Jak głosi tytuł, to już koniec przygód Kate i Zacha. Tyle czasu spędziłam na wymyślaniu dalszych wydarzeń do tego opowiadania, że teraz, gdy już kończę nie mogę w to uwierzyć. To była  dla mnie przyjemność pisać Magnolie i mam nadzieję, że wam również zapadnie ona w pamięć. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam. Angelika Angela:*

niedziela, 12 marca 2017

Rozdział 36


-Gratuluje wasza wysokość. Teraz jednak powinniśmy je nakarmić. - odezwała się pielęgniarka, wręczając mężczyźnie butelkę wypełnioną krwią.

-Niby czemu mamy akurat tym nakarmić malutkie dzieci? - oburzył się mój  mąż.


-Musimy dowiedzieć się jakiego rodzaju pokarm będą tolerować maleństwa, by  w przyszłości nie brakło w ich diecie ważnych składników. Biorąc pod uwagę jak mały procent ich genów zawiera wampirzy gen, myślę, że wystarczy podać ten posiłek przynajmniej raz na dwa miesiące, może trzy. Chłopiec dostanie osocze, a dziewczynkę może wasza wysokość nakarmić piersią. 


         Bez dalszych pytań, Zach przystawił smoczek do usteczek naszego synka, a ja instruowana przez kobietę, przyłożyłam córeczkę do swej piersi. Po chwili czułam jak wzruszenie chwyta mnie za serce, gdy rączka Mar trzyma się mojej piersi. To niezwykłe uczucie bezwzględnej miłości bijące od takiego małego ciałka było niesamowite. 


-Uważam, że król powinien dać znać rodzinie czekającej w poczekalni jak się sprawy mają. - powiedział doktor, który właśnie wszedł do sali - Ja w tym czasie zbadam jeszcze raz pacjentkę by wykluczyć definitywnie jakiekolwiek powikłania.


-Na pewno mam iść? Nie lepiej gdybym został z żoną? - zapytał z zaniepokojeniem Doran.


-Pańska żona jest tu bezpieczna, a dawni władcy chcieliby na pewno być na bieżąco ze wszystkim.


          Mąż pocałował mnie oraz dzieci w czoła, po czym wyszedł z sali. Po kilku minutach usłyszeliśmy rumor za drzwiami i do sali wpadł mój teść z ojcem, którzy nieśli Zachary'ego .


-Co się stało?! - wykrzyknęłam spanikowana, gdy kładli jego nieruchome ciało na łóżku obok mojego.


-Spokojnie córeczko, on po prostu zemdlał. Chłopak miał noc pełną stresu, to zrozumiałe. Ja też tak zareagowałem gdy urodziła się Anna. Tyle że zaliczyłem zgon na sali porodowej i lekarze nie wiedzieli czy zająć się twoją matką, czy  mną.


*


        Od porodu minęły trzy miesiące. Dzieci mają się dobrze i oczywiście są rozpieszczane przez wszystkich wokół. Ostatnio miałam kolejny dziwny sen. Obserwowałam jak mój mąż i córeczka bawią się w ogrodzie, mała mogła mieć około czterech lat, a ja nie mogłam ich dotknąć. Obudziłam się w środku nocy krzycząc imię ukochanego, przez co go śmiertelnie wystraszyłam. Poza tym jest dobrze. Aleksander nie daje znaku życia, tak samo jak jego okropna  siostra, a ja szczerze powiedziawszy, cieszę się z tego powodu. 

-Kochanie, ktoś tu się stęsknił za mamusią. - usłyszałam Zacha, który położył mi na brzuchu naszą ślicznotkę - Muszę już wychodzić. Pamiętaj, że dziś przyjeżdża Elisa z rodzicami. To pierwsze nasze spotkanie od czasu mojego przyjazdu tutaj, mam nadzieję, że nie będzie źle.

-Ostatnio straszny pesymista z ciebie, wiesz? A teraz idź już do swojej roboty, bo nie zdążysz wszystkiego skończyć, przed ich przyjazdem. - powiedziałam, składając długiego całusa na jego ustach.


        Gdy zostałyśmy same, położyłam Mari do jej łóżeczka, sprawdziłam czy jej braciszek śpi i udałam się do łazienki, by się  odświeżyć, po drodze biorąc świeży komplet ubrań oraz bielizny. Skończywszy, udałam się do kuchni, by nakarmić dzieci i przy okazji samej coś przekąsić. Akurat podawałam Mar butelkę z krwią, kiedy do pomieszczenia wpadła moja przyjaciółka Rose.


-Czy moi chrześniacy  bardzo się stęsknili za swoją ulubioną ciocią? - zapytała dziewczyna, która właśnie wróciła ze swojej rodzinnej posiadłości. 


-A ze mną to się już nie przywitasz?

-Co mnie ominęło? Dymitr nadal tu jest?


-Po pierwsze, nie odpowiada się pytaniem na pytanie. Po drugie, to , że się pokłóciliście nie zmienia niczego w naszej przyjaźni. Lebiediew naprawdę żałuje, tego co się stało.


-A ja żałuje tylko tego, że w ogóle spróbowałam związku z nim. Przez niego teraz nie mogę normalnie funkcjonować.


        Reszta dnia zleciała mi na pocieszaniu przyjaciółki, opiece nad dziećmi oraz wybieraniu kreacji na uroczystą kolacje z przybraną rodziną mojego męża. Jego biologiczne rodzeństwo było w elitarnej szkole z internatem, gdzie uczyli się wszystkiego, co przyda im się w dorosłym życiu.

sobota, 28 stycznia 2017

Rozdział 35


-Bliźniaki? Ale jak to? – zapytał, nagle pobladły na twarzy Zachary.

-Cóż, wie pan chyba jak powstają dzieci wasza wysokość. Poprzednie USG najwyraźniej nie wychwyciło drugiego płodu, wygląda mi to na piąty miesiąc. Termin porodu przewiduje na 26 lipca, może troszkę wcześniej albo później, ale to kwestia dni. Proszę zetrzeć żel, niedługo będę miał wyniki reszty badań i powiadomię państwa o nich, jak tylko się z nimi zapoznam. To wszystko na dziś, proszę na siebie uważać, spożywać większe ilości krwi oraz innych płynów, dużo odpoczywać i mało się denerwować. W razie jakichkolwiek wątpliwości proszę o powiadomienie mnie. 


-Dziękuje bardzo doktorze Nelson. Rozumiem, że kolejna wizyta za miesiąc? – powiedziałam, ściskając dłoń lekarza.


-Oczywiście. Jakby coś się działo to nawet wcześniej.  


    Prosto z dworskiej kliniki udaliśmy się z mężem do naszego apartamentu, by przebrać się w bardziej eleganckie stroje i poszliśmy do gabinetu mojego teścia. Tam  zastaliśmy całą naszą rodzinkę, którą powiadomiliśmy o niespodziewanym odkryciu dokonanym przez doktora. Mama Zachary'ego wyściskała nas po kolei.


 -Gratulacje kochani.- powiedziała uśmiechnięta.


-Dziękujemy. To dla nas nadal wielki szok, ale razem z Kate na pewno sobie poradzimy. Jak przygotowania do koronacji? - zapytał mój ukochany.


-Idą pełną parą. To w końcu za dwa dni. A jak twoje przemówienie synu?
 

-Razem z Aiku nad tym pracujemy tato. Nie chcę by goście byli zanudzeni, ale on uważa, że brakiem szacunku byłoby, gdybym powiedział mniej niż dwadzieścia zdań. - uśmiechnął się krzywo i wywrócił oczami.

-Nie wywracaj tymi ślepiami chłopcze. Doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego przyszłym władcą zmiennokształtnych ma być tak nieokrzesany młodzieniec. Nie powinieneś jeszcze schodzić ze sceny Tristianie. - powiedział główny doradca mojego teścia, studwudziestoletni zmienny z Hongkongu, Aiku Fui.


                                                 *

    Dni mijały, a ciąża była coraz bardziej  widoczna.  Zachary przejął władzę z rąk ojca, tym samym biorąc na swoje barki wielką odpowiedzialność. Nie było nic co mogłoby przerwać naszą sielankę, bynajmniej tak wtedy myślałam.
                                         

                                                  *

    20 lipca mieliśmy wszyscy na zawsze zapamiętać. Około pierwszej nad ranem obudziłam się niespokojna, po czym poszłam za potrzebą do toalety. Wracając do łóżka, poczułam jak coś cieknie po moich nogach na podłogę i na początku, będąc jeszcze w zamroczeniu sennym, pomyślałam, że musiałam się posikać. Dopiero gdy zaczęłam ścierać podejrzaną ciecz, przyniesioną z łazienki szmatą, obudził się mój mąż.


-Kate? Co ty robisz? Jest środek nocy.


-Muszę wytrzeć podłogę...ał! - jęknęłam, gdy poczułam silny skurcz.


-Kochanie! - wykrzyknął Zachary - Coś mi się wydaje, że tym razem mogę podnieść rumor. To raczej nie są  zwykłe skurcze.


-Mówisz to już piąty raz w tym tygodniu! Mam dość tych twoich fałszywych alarmów. Przez ciebie najadłam się wstydu! - wykrzyknęłam, ale po kolejnym skurczu stwierdziłam, że tym razem chłopak może mieć jednak rację, a co za tym idzie musiałam dostać się do dworskiej kliniki jak najszybciej. Wampirze porody różnią się od ludzkich tym, że nie trwają długo, za to potrafią być bardziej bolesne. 

    Tak więc mój kochany mężczyzna szybko założył byle jakie spodnie od dresu, które jako pierwsze znalazł na wieszaku w naszej garderobie, po czym biorąc mnie delikatnie na ręce w stylu panny młodej, pognał jak najszybciej do wschodniego skrzydła budynku. Tam podniósł wielki wrzask, dzięki czemu cały personel się zleciał i było go słychać zapewne  w całej posiadłości.  Położył mnie na niewygodnym, szpitalnym łóżku, po czym złapał za dłoń.


-Poradzimy sobie, na pewno. - wyszeptał pocieszającym tonem, akurat gdy zaczął się kolejny, silny skurcz.


-Wydaje mi się, że obejrzałeś  za dużo ludzkich filmów o porodach.

-Pani Doran, możemy zaczynać. - powiedział lekarz, a następne co zapamiętałam z kolejnej godziny to niewyobrażalny ból.
Od prawej SHT i MHD.

    Ze stanu otępienia wyrwał mnie dopiero głośny płacz dziecka, po którym wszystko zaczęło się od nowa i tak po półtorej godziny mogłam już tulić dwójkę moich dzieci.


 -Witajcie na świecie Mari Hestio Diano i Severusie Harry Tymoteuszu Doran. - powiedział uroczyście oraz ze łzami w oczach Zachariasz, trzymając w ramionach naszego syna.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wybaczcie proszę tą długaśną przerwę w pisaniu. Moja wena do tego i kilku innych opowiadań zakopała się głęboko pod ziemią i nie byłam w stanie nic sensownego napisać, a jak już coś miałam to po ponownym przeczytaniu  nie nadawało się to. Strasznie przyśpieszyłam wydarzenia, ale już zbliżamy się do końca opowiadania i nie ma sensu tego dalej odwlekać. Dla tych którzy polubili Aleksandra mogę zdradzić, że pojawi się on niedługo, najprawdopodobniej w następnym rozdziale. Pozdrawiam was, którzy tu jeszcze wchodzicie.

środa, 15 czerwca 2016

Chciałabym ogłosić,  że zawieszam bloga na czas nieokreślony.  Wrócę możliwe,  że w wakacje, ale nic nie obiecuję. Przepraszam.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Rozdział 34




-Może przedstawisz mi swoich kolegów kochanie? – usłyszałam za sobą głos męża.

-Witamy pana młodego. Ja jestem Jared…

-A my się już znamy wasza wysokość. – przerwał bratu mężczyzna – Castiel Marco, strażnik północnej

bramy.

-Tak, przypominam sobie.  Panowie wybaczą, ale obowiązki wzywają mnie i moją małżonkę. – powiedział

i pociągnął mnie w stronę drugiego końca Sali.

*

                Biegliśmy wyboistą ścieżką w stronę starej, opuszczonej fabryki. Deszcz padał nieprzerwanie, od kilku godzin, więc wszędzie były duże kałuże. Za mną i moim mężem podążał oddział dziesięciu, świetnie wyszkolonych strażników, a reszta w tej chwili odbijała więźniów. Zatrzymaliśmy się trzy metry od budynku, czekając, aż ekipa ratunkowa wyjdzie i będziemy mogli w końcu objąć  swoje pociechy. Po kilku nieskończenie długich minutach, z ruiny zaczęli naszym oczom ukazywać się kolejne osoby, aż w końcu wyprowadzono otuloną kocem Victorie oraz szamoczącego się Erika.

-Puśćcie  mnie do cholery! Co mu zrobiliście?! Oddajcie mi mojego ojca! – krzyczał chłopiec.



*



Obudziłam się zlana potem i z ciężkim  oddechem. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym przebywałam i przypomniałam sobie, że jestem w domku letniskowym, na prywatnej wyspie rodziny Doran . Swoją drogą sama nosiłam to nazwisko od jakichś  czterdziestu ośmiu godzin, do czego jeszcze się nie zdążyłam przyzwyczaić. Na wielkim łożu obok mnie, leżał Zachary, który wyglądał  podczas snu jak  mały chłopiec. Na wyspie byliśmy od doby, gdyż przed rozpoczęciem miesiąca miodowego, musiałam dać się zbadać lekarzowi na dworze.  Na całe szczęście nic nie było nie tak z dzieckiem, po prostu źle podziałał na mnie stres przedślubny.

Na szczęście dla mojego męża,  wybaczyłam mu ten incydent z siostrą Aleksandra, po tym jak wytłumaczył mi co się wtedy na prawdę wydarzyło. Niestety z wiadomych powodów, nie doszło między nami do żadnych fizycznych zbliżeń, poza przytulaniem i pocałunkami.



-O czym tak myślisz, kochanie? - usłyszałam zachrypnięty głos mojego  mężczyzny tuż przy uchu.

-Myślę o tym, jaka jest ze mnie szczęściara. No i o naszym maleństwie. Ciekawa jestem czy to chłopiec, czy dziewczynka.  A ty co byś chciał?

- Żeby było zdrowe i dawało nam się wyspać. A tak na serio to chciałbym mieć drugą taką Kate.

- Jednej ci mało? Ale okej, jakie mamy plany na dzisiejszy dzień? - zapytałam ciekawa.

-Dziś możemy oddać się relaksowi na plaży oraz kąpieli w tych ciepłych wodach. – powiedział, przyciągając mnie do swojego ciała i wtulając policzek w mój brzuch. 
           Tak oto leniwie mijały nam dni, aż w końcu zmuszeni byliśmy wrócić do Denver, gdzie podczas naszej nieobecności, rozpoczęte zostały przygotowania do uroczystego przejęcia przez Zachary’ego władzy. Feta ta została zorganizowana z wielką dbałością o szczegóły, takie jak zbiórka krwi dla wampirów, które przybędą na dwór nawet z odległej Europy, czy Azji.

 Siedząc w prywatnym odrzutowcu, myślami byłam już z moją całą, wielką rodziną, składającą się teraz z rodu Wild’ów i  Doran’ów. Zastanawiałam się co robią poszczególne osoby, aż do chwili, gdy mój mąż zaczął całować mnie po szyi. Schodził pocałunkami coraz niżej w stronę dekoltu, czym wywoływał moje ciche pomruki zadowolenia, jednocześnie dłońmi gładząc miejsce, gdzie znajdowało się nasze dziecko.   Kierując się wzbudzoną rządzą, usiadłam na kolanach mężczyzny, owijając nogi dookoła jego bioder i wpiłam zachłannie w wargi, mierzwiąc mu jednocześnie włosy. Trwaliśmy tak kilka długich sekund, aż niestety usłyszeliśmy chrząknięcie od strony kabiny pilotów, gdzie w drzwiach stał jeden z nich o imieniu Mark i spoglądał na nas z lekkim uśmieszkiem.
Mark Sahad
-Świętujecie ostatnie chwile samotności? Ja nie chcę przerywać, ale jesteśmy już nad lotniskiem i czekamy, aż zapniecie pasy, byśmy mogli spokojnie wylądować.
-Już zapinamy, mogliście nas powiadomić przez głośniki, a nie wchodzić. Co by było jakbyśmy właśnie starali się dołączyć do   Mile High Club’u?
-Uwierz mi przyszły następco tronu, że nie takie rzeczy widziałem w swoim życiu. Cóż, w takim razie proszę o zapięcie pasów i ustawienie foteli w pozycji pionowej. – rzekł z zawadiackim uśmiechem, po czym wycofał się z powrotem do swojej kabiny.
-No to witamy w domu mężu…

niedziela, 14 lutego 2016

Walentynkowa miniaturka.

Możliwe, że niektórzy znają tą historię, gdyż rok temu brała udział w konkursie na Katalogu opowiadań o wampirach . Życzę miłego czytania.


----------------------------------------


              Wiecie jak to jest, stracić kogoś, na kim bardzo wam zależało? Gdy przez kolejne dziesięciolecia zastanawiacie się, co by było gdybyście podjęli inną decyzję? Bo tak właśnie jest w moim przypadku. Mam na imię Ash Rodriguez i jestem 367 letnim wampirem uwięzionym na zawsze w ciele dziewiętnastolatka. Jak większość moich pobratymców można powiedzieć, że jestem przystojny, czarne włosy sięgające mi do ucha zazwyczaj są w artystycznym nieładzie, wysportowane ciało przyciąga kobiety, a hipnotyzujące, zielone tęczówki wdzierają się w najdalsze zakamarki ludzkiej duszy i jeszcze 180 cm wzrostu. Tak bynajmniej mówiła Aleks, moja ukochana. Gdybym ją przemienił, byłaby ze mną do dziś, ale tego nie zrobiłem i dopadł ją jakiś inny krwiopijca, którego udało mi się zabić po jakimś czasie. Jego śmierć była powolna i bardzo bolesna, już ja się oto postarałem.  Jakimś dziwnym zrządzeniem losu rocznica śmierci mojej ukochanej przypada 14 lutego, jest to dla ludzi wyjątkowy dzień, pełen szczęścia i miłości. Dla mnie to kolejny rok samotności oraz krwawe łowy, które stały się tradycją w naszym świecie. Każdy szanujący się wampir, który cokolwiek znaczy, wybiera sobie określony teren, na którym zabija tyle osób, ile mu się żywnie podoba. Tego roku wybrałem dla siebie małe miasteczko na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie podobno szerzy się populacja gangów, które mordują się nawzajem. Nikt raczej nie będzie po nich płakać, a dla mnie to tylko i wyłącznie rozrywka. Zatrzymałem się w małym pensjonacie, właścicielką była starsza kobieta, widać było, że ma złote serce. Równo o północy wyszedłem przez okno swego pokoju, by nikt mnie nie zobaczył, po czym udałem się w głąb lasu otaczającego rezydencje. Biegłem wampirzym tempem  w kierunku starych magazynów, które stały na uboczu miasteczka i węszyłem w poszukiwaniu świeżej krwi. Gdy ją w końcu wyczułem, zacząłem się skradać, by podejść jak najbliżej. W kręgu stało sześciu mężczyzn, część z nich miało może mniej niż dwadzieścia lat, a pośrodku przywiązana do krzesła młoda kobieta. Słyszałem, po odgłosach jakie wydawało jej serce, że była przerażona, biło ono bardzo szybko, niczym skrzydełka kolibra. Przyglądałem się scenie, która nie była zbyt przyjemna, nawet dla wampira.
-Chace! Gdzie żeś zniknął?!-wykrzyknął najstarszy z nich wszystkich.
            Po chwili z budynku naprzeciw wyszedł na moje oko piętnastolatek, nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie rzeczy, które niósł. Z odległości pięciu metrów dostrzegłem kilka zaostrzonych kołków, drewniany miecz oraz broń palną. Wyjąłem szybko komórkę i napisałem wiadomość dla mojego kumpla, który na wszelki wypadek zawsze jest blisko mnie, gdyż z całą pewnością nie byli to zwykli ludzie.
-No w końcu, dawaj to, bo zaraz się chyba zanudzę na śmierć.-powiedział znów mężczyzna, biorąc jeden z kołków w dłoń i kierując go w stronę czarnowłosej. Postanowiłem działać szybko, w przeciwnym wypadku nie miałbym już kogo ratować. Rzuciłem się na chłopaka stojącego najbliżej mnie, skręciłem kark i korzystając z zamieszania, pozbawiłem w ten sposób życia jeszcze dwójkę. Młodego w ogóle nie brałem jako zagrożenie, był słaby i nie mógłby nic mi zrobić, więc ruszyłem na trzech około dwudziesto-pięciolatków. Jak na ludzi byli wyjątkowo wyszkoleni w walce z wampirami, znali nasze słabości i umiejętnie je wykorzystywali, ale nie jestem młodzikiem, więc dawałem im radę. Gdy wykańczałem ostatnią dwójkę, wyczułem obecność kolejnej osoby, która zmierzała w moim kierunku, zdekoncentrowałem się, przez co przeciwnicy dźgnęli mnie kołkami w brzuch. Miałem jednak dużo szczęścia, gdyż jeszcze parę centymetrów, a dostałbym w serce,  napastnicy chcieli mnie dobić, nie pozwolił im na to jednak mój przyjaciel, który złamał im karki.
-Dłużej się nie dało?-zapytałem wściekły, próbując podnieść się z trawy, przez co z moich ran mocniej zaczęła sączyć się rubinowa cieć. Dałem więc na spokój i czekałem, aż kumpel mi pomoże, co też uczynił po dłuższej chwili przyglądania się wgłębieniom na moim brzuchu.
-Stary, paskudne te dziury, musisz się szybko posilić.-powiedział zmartwiony Galen.
-Najpierw może dowiem się czegoś od sprawczyni całego zamieszania? Kim jesteś mała i dlaczego ci łowcy na ciebie polowali?-rzuciłem w kierunku dziewczyny, kładąc ręce po obu stronach krzesła i kucając przed nią. Skrzywiłem się lekko i syknąłem, gdy poczułem silny ból, najwyraźniej adrenalina odeszła.
-Ja nic nie wiem! Mówiłam im, ale oni twierdzili, że jestem zagrożeniem, więc powinni mnie zgładzić! Kim wy w ogóle jesteście i co chcecie ze mną zrobić?-wyszeptała ostatnie zdanie, patrząc w moje oczy.
-Ja jestem Ash Rodriguez, a to mój znajomy Galen Blackthorn. Nie musisz się nas bać mała.-powiedziałem, uśmiechając się do dziewczyny, a ona wyglądała na zszokowaną.
-A-a-ash Ro-ro-rodriguez?-zapytała drżącym z przejęcia głosem.
-Tak, to właśnie ja. Słyszałaś o mnie kiedyś?
-Mama mi o tobie mówiła i moi opiekunowie także. Kiedyś chciałam cię szukać, ale Karen stwierdziła, że mnie nie zechcesz i żebym dała sobie spokój z tym wszystkim.
-Nie szukam partnerki, przykro mi młoda. Poza tym jesteś człowiekiem.-rzuciłem zniesmaczony, odsuwając się na znaczną odległość i podnosząc sztylet wbity w ziemię. Ważyłem go chwilę w dłoni, po czym podszedłem z powrotem do blondwłosej niewiasty.
-Nie zabijaj mnie! Mam ważne informacje, poza tym nie chodziło mi o zostanie twoją dziewczyną!-wykrzyknęła przerażona.
-Spokojnie, chciałem cię tylko uwolnić z tych więzów, czuję krew sączącą się z otarć, a w obecnym stanie mogę nie wytrzymać i się na ciebie rzucić.-zaśmiałem się, robiąc to co powiedziałem i odchodząc w stronę trupów, by się nimi posilić. Wgryzłem się w szyję pierwszego lepszego mężczyzny, po czym rozkoszowałem intensywnym smakiem życiodajnego płynu, czując jak rany powoli się goją. To samo zrobiłem z pozostałymi, chłopak, którego pozostawiłem przy życiu zwiał, ale miałem to gdzieś. Najedzony spojrzałem na moich towarzyszy i oblizując krew z warg, przyjrzałem się dziewczynie dokładnie. Wysoka, czarne włosy do pasa, szare oczy oraz idealne rysy, przypominała mi o mojej ukochanej.
-Zbierajmy się stąd Galen, niedługo może przybyć więcej łowców, a nie mam zamiaru z nimi dzisiejszej nocy walczyć. Cholera! Całą magię tego święta szlak jasny trafił! Ty mała idziesz z nami, mamy do pogadania.-spojrzałem na nią i wskazałem swoje plecy.-Wskakuj, chcę już być w domu. I radzę mocno się trzymać oraz zamknąć oczy.
            Wykonała moje polecenie i pognałem w stronę pensjonatu, za mną podążał mój przyjaciel. Rana teraz tylko trochę rwała, ale dało się to wytrzymać, więc nie narzekałem. Ci łowcy zniszczyli mi moją ulubioną koszulkę! Niech ich za to piekło pochłonie! Nawet nie zauważyłem kiedy dotarliśmy pod okno piętrowego budynku, otworzyłem szerzej okno, po czym wszedłem do środka, a za mną Blackthorn. Z ciągnąłem dziewczynę z moich pleców, podszedłem do walizki i wybrałem czyste odzienie, idąc następnie do łazienki.  Spędziłem tam jakieś pół godziny, po czym wyszedłem zrelaksowany do moich gości, ubierając przy nich koszulkę i usiadłem naprzeciwko  na łóżku.
-Jakie masz te ważne informacje? Mów szybko, bo śpieszy mi się do Spokane.-rzuciłem zniecierpliwiony.
-Cóż, nie jestem do końca człowiekiem, moja matka nim była, a ojciec to wampir.
-Jak to w ogóle możliwe? Przecież nie istnieję coś takiego jak mieszaniec wampira z człowiekiem. - odpowiedziałem zdezorientowany.
-Mama zmarła w wyniku powikłań przy porodzie, podobno nie szło jej już pomóc. A ojca nie znałam… aż do dziś.-spojrzała prosto w moje oczy.
-Chcesz powiedzieć, że mój kumpel jest twoim starym? Wow!-wykrzyknął Galen.
-Nie, ja nie mam dziecka, gdybym je posiadał to musiałoby mieć kilkaset lat.-wykręcałem się nadal, nie mogąc pojąć co się dzieję.
-Mam dokładnie dwieście osiemnaście lat. Proces starzenia zatrzymał się, gdy miałam osiemnastkę. Z tego co mi mówiono to mam twoje włosy oraz rysy twarzy i do tego znamię w kształcie ugryzienia przez psa na przedramieniu. Mama zostawiła mi tylko kolor tęczówek.
-Jak nazywała się twoja matka?
- Rashel Jordan. Jeśli chcesz możemy zrobić test na ojcostwo.-odparła pewnie.
            Byłem w szoku! Nie codziennie dowiadywałem się, że moja zmarła ukochana była w ciąży i dziecko, które urodziła, stoi właśnie przede mną. Przecież nic nie było po niej widać,  byłem z nią przez dłuższy czas. Została porwana, a miesiąc później odnalazłem jej ciało, leżało w środku lasu, było wymizerowane, ale wtedy było to dla mnie oczywiste. Jak teraz sobie przypominam miała ranę na brzuchu, to w ogóle się kupy nie trzyma!
-Mama mówiła do mnie, gdy byłam w jej brzuchu, później nie miałyśmy okazji, bo zmarła nagle. Pamiętam wszystko i to jest dla mnie dziwne, w końcu byłam maleńka. Wiem że to było prawdziwe, bo znalazłam list, o którym mi wtedy mówiła. Mam go przy sobie, trochę wyblakł, ale czytać się jeszcze da.-powiedziała, wyciągając w moją stronę kartkę papieru, która musiała mieć sporo lat.







Droga Hope!

            Cierpię bardzo wiedząc, że gdy przeczytasz ten list, mnie już niestety nie będzie z Tobą. Przepraszam. Mam nadzieję, że uda ci się odnaleźć Twojego ojca, Ash’a Rodrigueza, w razie Jego nieufności, pokaż Mu ten oto list. Nie zdążyłam Mu o wszystkim powiedzieć za życia, ale chcę by się Tobą zaopiekował i chociaż w minimalnym stopniu poprawiła Mu ta wiadomość dalszą egzystencje, bo wiem, że pokocha Cię od razu. Oddałam swe życie, by wydać Cię na ten świat. Jesteś owocem naszej miłości, więc rodzina, u której Cię zostawiłam ma za zadanie chronić Twe życie. Podziękuj im kiedyś za pomoc i dbaj o ojca. Przekaż Mu jak bardzo go kocham i kochać zawsze będę. Galen ma przestać być takim draniem i poznać w końcu kogoś, kto wymaże wspomnienia po Hellenie.
 Całuje Cię mocno skarbie.

Kochająca na wieki

Rashel Jordan



            Po tylu latach moje oczy znów zaczęły nieprzyjemnie szczypać, a po chwili krople łez wypłynęły na moje policzki. Nie znosiłem tego uczucia, jakbym na nowo ją tracił. Pismo było autentyczne, nikt nie mógł go podrobić, więc wszystko to było prawdą. Mam córkę. Te dwa słowa krążyły po mojej głowie wciąż i wciąż. Nie byłem nigdy na to przygotowany. Ba! Nawet nie śniło mi się, że mogłem zostać kiedykolwiek ojcem! Poczułem czyjeś ramiona wokół siebie, więc podniosłem głowę i ujrzałem ją. Moją nadzieję. Te piękne tęczówki, które były takie podobne do Jej oczu…